Kresy przed 1939 rokiem
Dziewięć domów było w Brukaniszkach, a za laskiem były pierwsze Brukaniszki i tam tylko cztery domy byli. Tam bogaci żyli, więcej ziemi mieli. Mojej koleżanki rodzice pszczoły tam trzymali. W jednym domu mieszkali Rosjanie, starowiery. Poza tą jedną rodziną wszystkie byli swoje ludzie. Dwie Litwinki były we wsi. Żona mojego stryja mówiła, że ona Litwinka, ale po litewsku nigdy nie rozmawiała. Drugiego stryja żona też była Litwinką. Nasi mężczyźni rozmawiali między sobą po białorusku – to taki prosty język polski, wszystkie tak rozmawiali. Nie nauczyłam się nigdy mówić po litewsku, bo nie było mi to potrzebne. To co w pracy było potrzebne, to wszystko wiedziałam. Języka rosyjskiego nauczyłam się prędko. Jak tylko Sowiety przyszli, nauczyciel organizował kursy. My z bratem wzięliśmy gazetę i tylko jedno słowo na całą gazetę przeczytaliśmy: „mama”. A później, jak alfabet poznałam, to już bardzo fajnie. Lekki jest język rosyjski.
Leoncja Andrukianiec
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Tożsamość narodowa, Stosunki polsko-litewskie,
Szkołę pamiętam, ja chodziłam do czwartej klasy do polskiej szkoły. I w naszym domu - na dwa końce był dom - otworzyli nową klasę. Uczyli dzieci. A wtedy na wioskę cztery klasy byli. A żeby więcej uczyć się, to do Nowej Myszy, do miasteczka chodzili. A tak, na wsi, to tylko cztery klasy były. Jedna nauczycielka była z Wilna, a druga, potem, była z Lidy. Była jeszcze, pamiętam, taka Droga Krzyżowa, stacje wsie byli. I my chodzili na kolanach, na kolanach, chodzili później do tej Matki Boskiej. Tam się do koreczka wodę łożyło, tam woda święcona była. I pili tę wodę, i brali z sobą do domu.
Wanda Bielanowicz
Zabłocie. Wieś nazywała się Zabłocie. Tam dużo było prawosławnych, katolików, naszych, mało było, wszystko prawosławne byli. No, ale my do kościoła chodzili zawsze, zawsze. Wieczorem na nieszpory, czy na majowe - majowe, to odprawiali u siebie, w mieszkaniu. Zbieraliśmy się - na majowe, czerwcowe, czy na litanię do Matki Boskiej. Październik - różaniec, czerwiec - czerwcowe... To każdy dzień zbierali się, pod wieczór już tak i odprawiali, a do Nowej Myszy chodzili do kościoła. Potem rower kupił brat, to rowerem pojedziesz do kościoła, a zimą to koń, w sanki siadali i koniem jeździli. Taka nasza była modlitwa i praca.
Wanda Bielanowicz
[Słonim]I jeszcze kuczki. U Żydów kuczki są jesienią, pod koniec września, tylko nie wiem, w które dni. Oni koło domów robili takie szałasy. Stawiali prosto z desek i choinką je nakrywali. Tam piekli macę. Takie cieniutkie, cieniutkie placki. I wtenczas dzieci do szkoły nie chodziły. I tak wszystkie oni w szałasie jedli. Tam taki stolik z desek zbity był, ławki porobione z desek. Jak deszcz padał, to oni bardzo się cieszyli. Mówili, że to dobrze, jak deszcz pada. A my jak to dzieci, chodziliśmy przed tym szałasem i żegnaliśmy się: — W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego... I mówiliśmy: — Kuczki, kuczki, kuczki. A oni tak nie lubili tego. To już rodzice zaczęli nam mówić: — Nie róbcie tego, nie wolno.
Helena Bielska
[Słonim, lata 30.]Tutaj gdzie stoi Lenin, z jednego końca do drugiego, ze dwieście pięćdziesiąt magazynów było. Jeden przy drugim. Cały taki eszelon. Drzwi koło drzwi — magazyny. Co duszy potrzebuje się, co dusza tylko chciała. Galanteria, piękniejszej w życiu być nie może. Byli tu bogate Żydzi. To była inteligencja, to byli ludzie uczone, bogate do bezmiary. I tak jak stoi ten Lenin, to na całą szerokość od brzegu do brzegu... Przeważnie tylko materiały z Anglii. To był najbogatszy sklep i najcenniejsze materiały. Jak weszli Sowieci rano, to następnego dnia już nie było poznać, czy byli te magazyny, czy nie byli. Wszystko zbite, zmarnowane, zniszczone.
Wanda Brancewicz
[Kurty, lata 30.]Kończył prawie pięć klas polskiej szkoły. Szkoła była półtora kilometra od naszej wsi Rybczany, w Kurtach. Uczytiel był z Wołkowyska. I toż było w 1939 roku. Jeździli na wycieczkę, pomniki robili poległym żołnierzom. Jeździli na wycieczkę: Wilno, Warszawa, Krakowa, Chorzów, Katowicy. Tam nas trzymali po rodzinach półtora miesiąca. Wróciłem do domu, kolegów miałem i… wojna.
Marian Bumblis
Dzieciństwo u nas trudne było. Ziemi było mało, może hektar. Ale był spokój, nie było bandytyzmu. Dom stareńki był, taki wioskowy, drewniany. Kościoła nie było, byli takie kapliczki. Ksiądz przyjeżdżał. Jak 13-14 lat mi było, trzeba było już pracować. Na najmach. Skórę trzeba było wyrabiać, wymaczać - na kożuchy. Nieczysta robota, ale trzeba było żyć.
Piotr Ciereszko
[Polska szkoła podstawowa w Łucku przed 1939 r.]Szkoła nasza była w środku Zamku Lubarta, tam było dwa piętra. Tam było u nas sześć, siedem klas, tyle nas tam było. Zawsze na przerwie stał taki samowar duży, i zawsze była taka jedna pani, że nalewała nam herbatki, a wtedy te kajzerki, jeszcze te polskie kajzerki takie smaczne były, z szyneczką i z masłem. To było takie bardzo przyjemne, to nigdy się nie zapomni. Tańczyliśmy też poloneza, różne polki, uczyliśmy się, w zamku było nam dobrze. W zamku to była szkoła numer trzy, taka dobra była ona u nas. I uczyli geografii, i polski język, i historię, i w ogóle, wszystkie te lekcje były. Także uczyliśmy się – jak czasem. Czasem na trójkę, czasem na czwórkę, czasem na piątkę. Tak, jak w szkole. Chodziliśmy na wagary, a wagary jakie były: tam, gdzie Zamek Lubarta, to taki był wchód. To my zawsze bierzemy świecę, i idziemy tam, w te lochy. Idziemy, idziemy, i patrzymy, że świeca już gaśnie – do widzenia, dalej nie trzeba już iść, bo można się zadusić. Uciekamy nazad. Chodziliśmy do kościoła zawsze razem, ze szkoły, na Placu Katedralnym u nas było bardzo ładnie. Na Placu Katedralnym zbierały się wszystkie szkoły, od pierwszej szkoły do piątej. Modlitwa zawsze na tym placu, bo krzyż jeszcze wisiał niedaleko, tam koło kościoła.
Wanda Czajkowska
[Pińsk, lata 30.]W gimnazjum były ręczne prace, robili różne lalki ze słomy, lnu — takie Poleszuczki. I one były wystawiane na jarmarkach. Były tam też kolorowe spódnice i chustki szyte na krosnach. Mężczyźni chodzili w grubych, własnoręcznie tkanych kaftanach, mieli ładne pasy kolorowe — po białorusku: krajki, a na nogach mieli plecione łapcie.
Nina Czarna
Ojciec mój pracował w firmie Zalewskiego. To był bardzo bogaty pan, który miał fabrykę słodyczy i sklep na ulicy Akademickiej – głównej ulicy Lwowa. Do tej cukierni przychodzili tylko bardzo zamożni ludzie, wszyscy w melonikach. Oprócz sklepu ze słodyczami była tam kawiarnia, gry w pokera... Ojciec tam bardzo dobrze zarabiał. Zawsze dodatkowo miał kieszonkowe, bo bogaci ludzie, jak dostawali na zamówienie kwiaty i słodycze, to zawsze kieszonkowe ojcu dawali. Ale pech chciał, że kiedy miałam 5 lat, ojciec nagle zmarł na serce. Mama musiała pójść do pracy. Ja zostałam z babcią. Pracowała mama w tym budynku, w którym cały czas mieszkamy. To była prywatna kamienica bardzo zamożnego pana Michała Olszewskiego. My pod czternastką mieszkaliśmy, a matka pana Olszewskiego, hrabina z Czernickich, mieszkała pod szesnastką. Tu mieszkali bardzo bogaci ludzie, kompozytorzy, lekarze. Po śmierci ojca myśmy już nie płaciły za mieszkanie. Mama dostała to mieszkanie od tych państwa. I państwo Michał i Julia Olszewscy wzięli mnie na swoje utrzymanie, bo nie mieli dzieci. Mieli siedem sług! Więc mama tylko gotowała, a pani Tekla i inne jeszcze panie, dozorczyni i dozorca sprzątali wszystko, myli, wycierali i przywozili towary. Bo państwo Olszewscy mieli tutaj swoje konie, karety, a w centrum miasta, naprzeciwko katedry, mieli sklep z rękawiczkami. Zarabiali bardzo dobrze. I dobrze nam się powodziło.
Zofia Czupachina - Weber
W naszym domu mieszkał Żyd, pan Erbst. W piwnicy. Miał taki maleńki sklepik, zawsze przynosił do pani Olszewskiej świeże kajzerki. Miał czterech synów, Żydów. Ja im chodziłam w sobotę świeczki świecić, bo tam szabas był. Zawsze dostawałam taką grubą czekoladę. Jak matka i państwo Olszewscy się dowiedzieli, to mnie mało nie zabili – że tak nie można robić, za czekoladę. Że się dałam sprzedać. To mnie przez pół roku słodyczy nie kupowali. Mówią: – To jest amoralne. To jest nie po chrześcijańsku. Idź, zaświeć świeczkę, ukłoń się elegancko i wyjdź, jak ciebie proszą. Pół roku ja byłam pozbawiona słodyczy.
Zofia Czupachina - Weber
[Postawy, lata 30.]Tutaj miasteczko było jak wieś, jak wieś było. Dom Tyzenhauza był, i tutaj na ploszczadzi parę domków było, no ja sam widział, jak to było. No ale nazwannie ulic było już: Łuczajska, Wileńska, Zadziewska i Brasławska. Te ulicy. Były postawione na środku ulic figurki Matki Boskiej. Na Brasławskiej też był obrazek. Taki wybudowany, no — kapliczka. I wot na tej ulicy równoległej też na środku była kapliczka. Na środku była postawiona, objazd był z jednej i z drugiej strony. Ale bolszewiki złamali wszystko. I na końcu Wileńskiej też była postawiona kapliczka. Na trzech ulicach była. Na placu nic nie było. Budki, budki żydowskie — sklepiki.
Antoni Dziśko
W 1940 roku, przed przyjściem sowieciarzy, było w Dyneburgu pięć szkół polskich: cztery w centrum miasta, jedna po drugiej stronie Dźwiny. Zostały zamknięte po 1935 roku, kiedy Kārlis Ulmanis przyszedł do władzy, to był dyktator, rzucił sejm. Od razu nie mógł wszystkich zamknąć, ale co robił? Zarządził, że jeśli nazwiska nie są skończone na –icz lub –ski, np. Dąbrowski czy Marcinkiewicz, znaczy że to nie Polacy i muszą iść do łotewskich szkół. I jeśli ojciec miał pracę jakąś urzędową, państwową, wówczas go zwalniali, jeśli dzieci nie poszły do łotewskich szkół. A chleba trzeba było, więc ludzie musieli pójść do łotewskich szkół.
Helena Filipionek
Do 1939 roku też różnie tutaj było. Biedy wystarczało. Bywało też tak, że jak rodzice moi się budowali, to mama mówiła: - Dzieci, jeżeli kawa z mlekiem, to bez cukru, a jeżeli z cukrem, to bez mleka.
Krystyna Gaponik
Dzieciństwo moje, to naprawdę tak, jak w raju. Ja w domu nigdy, szczerze mówię, naprawdę nigdy podłogi nie zamiotłam, nigdy nawet łóżka nie trzeba było zasłać. Były dwie służące i wszystko robiły, a nam trzeba było tylko uczyć się. Mama z nami rozmawiała po francusku, musiałyśmy po francusku umieć. Teraz dla mnie samej to dziko wygląda, ale tak było. Dwie służące były: jedna była pokojowa, a druga była kucharka. Ich obowiązek było jeszcze krowy doić. Jeszcze ordynariusze pracowali u nas. Nazywali ich na Litwie "kumiecie", a u nas nazywali się "ordynariusze", bo oni na ordynarii byli. Osobne domy byli im postawione, oni pracowali, żony ich pomagali pleć. Mieliśmy stadninę koni, bo dawniej nie było traktorów. Ziemia wyrabiana była końmi. Nie wiem, czy 16, czy ile ich było. Konno jeździłyśmy z siostrą. Kto uczył? Same uczyłyśmy się. Pamiętam, ojciec mój, jak ja miała chyba cztery lata, nie pozwalał samej, kazał komuś wsiąść. To taka złość ogarnia, coś okropnego, bo ja sama chcę jechać! Do kościoła każdej niedzieli nie chodziło się, a jeździło. Zaprzęgało się konia i jechało się do Traup - miasteczko Traupe było. I pamiętam jak dziś, koń taki Czarniuk był, strasznie chytry. I jeżeli był woźnica z batem, to bardzo dobrze, a czasem bywało, że nie ma. Babunia jedzie i konia tą parasolką, a on idzie krok za krokiem, obejrzy się, że nie ma bata i dalej idzie spokojnie! Urządzaliśmy wyścigi konne. Przecież obok był dwór Romanowskich, a tam dwóch chłopców, dalej tych Zaborskich, też czworo dzieci. Jednym słowem, wszyscy zbierali się i konno robiliśmy wyścigi. Wszyscy wybierali takich koni stajennych, a u nas był jeden taki koń Gniaduk. On malutki, mizerny, ale on nie da się wyprzedzić w żaden sposób. On jeżeli czuje, że ktoś do niego podchodzi, to on zaraz w tę stronę, w żaden sposób jego nie przepędzisz. Nie było u nas mody siedzieć za stołem bardzo długo i to samo było, jak gości przyjeżdżali. Zapraszali do stołu, przy stole najdłużej jakie dwie godziny, a może i to nie. Potem starsi siadali do kart, młodzież tańczyła, patefon nastawiali. Dzieci bawili się, miejsca było dużo, latem chodzili do sadu, do alei. Dwie aleje byli, altany, bardzo pięknie było. Na przyjęcie pieczono gęś, pieczono indyka. Wtedy przede wszystkim obrus był piękniejszy, było ciasto pieczone i tort. Mojej mamy imieniny, moja mama Maria, to zawsze kręcili lody, była u nas maszynka taka specjalna. Te lody były bardzo tłuste, ja objadłam się i potem nie mogłam patrzeć długi czas na lody. Gości prezentów nie przynosili. To mnie aż dziw teraz bierze, skąd to wzięło się, że niosą teraz, a mnie to nawet oburza i dotyka, że przynoszą mnie coś. Czego? Z jakiej racji?! Nawet kwiatów nikt nie przywoził. A broń Boże, żeby ktokolwiek przyniósł szampana. Popatrzyliby nie wiem, jak na kogo! Przedstawienia, owszem, były. Były okolice szlacheckie i tam oni urządzali przedstawienia. Mama pomagała i ja czasem brałam udział w tych przedstawieniach, ale już nie we dworze, a na wsi, w jakiejś stodole. Wszyscy ludzie ze wsi przychodzili. Z dworu nie przyjeżdżali na takie przedstawienie, dla wsi robiło się to wszystko. Aktorów wybierało się z tych ludzi. Była taka rodzina Gutowskich w Traupiach i oni mieli swój sklep, i u nich była też biblioteka polska. No, Gutowskich dwie córki brały zawsze udział i ktoś inny też znajdował się, i ja czasem deklamowałam.
Regina Gauczowa
Tatuś był strażakiem od młodości do starości. Tylko potem już, kiedy zaszli Ruskie, jeszcze był strażakiem w 1940 roku, a potem już byli samozwańcy, z dobrej woli, organizacja niepłacona. A potem już etaty zrobili i tatuś nie pracował. A tak, to tatuś od samej młodości… Ja to pamiętam, jak tylko syrena zacznie wyć, to my tak: jedna niesie hełm, druga ten siekaczek, trzecia pas, i lecim wszystkie. A tatuś konika, wsiada na niego i jedzie… i wróci w nocy i nad ranem, jak pożar ugaszą.
Stefania Gibowicz
Polska szkoła. Była jedna klasa. Był dom drewniany taki na dwa końce, jak mówią. Od ulicy strony były drzwi i tam mały pokoik, to tam mieszkała pani nauczycielka, pani Kasia nazywali. Połowa domu była klasa i była biblioteka i centr, i to było wszystko. Wszyscy uczyli się w jednej klasie, było ławkami: jedna ławka to jedna klasa, druga ławka to druga klasa… i ja w pierwszej klasie w ławce siedziałam. Może miesiąc albo dwa i zakryli. Litwini nie chcieli, żeby była polska szkoła. I do litewskiej szkoły poszłam. Wszystkie Polacy tam chodzili, chodzili, ale już oni byli większe, to im było lepiej, bo umieli już litewski język, a ja nie umiałam ani jednego słowa, to mnie było bardzo źle. I był wtenczas ksiądz, uczył religii, on dobrze znał wszystkich. On mnie kazał przyjść koło stolika i powiedział: — Powiedz Ojcze nasz. No wiadomo, po litewsku, a ja stoję i milczę, bo ja litewskiego nie umiem. To on mnie nachyliwszy się do ucha: — Ty mnie po polsku powiedz! — Dobrze. To ja, nachyliwszy mu się do ucha, po polsku powiedziałam. On wiedział dobrze, co ja jestem. Ale wszystkie dzieci za to szturchali palcami.
Stefania Gibowicz
[Nieśwież, lata 30. -40.] W pałacu mieszkał książę z rodziną. Jak przyszli te Sowiety, dorwali się i do tego zamku wtargnęli. On powiedział: - Po coście wy przyszli? Kto was prosił? Won! Wziął pałkę, która była laską: - Won stąd! Ja was tutaj nie prosił. Po co wy przyszli? I oni wtedy wszystkich ich zgarnęli, całą rodziną, i zabrali, wywieźli. Cały zamek i wszystko, co było bogactwa, wszystko wywieźli. Gdzieś do Rosji zabrali wszystkie malunki, obrazy, całą galerię wywieźli i różne figury. U księciów wszystko było, co trzeba było. Tam można było wejść u nich i popatrzeć, a teraz nie.
Bronisława Gniećko
dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka,
Jak pamiętam, wielmożny płacił chłopcu, który zdolnie umiał ciesielstwo i wszystko, co trzeba umieć robić, 350 litów w rok. A dziewczynie płacił 150 – 200. Ten wielmożny miał dwóch chłopców i dwie dziewczyny miał. Płacił duże pieniądze, ale oni robili od ciemna do ciemna.  Dwadzieścia krów miał, świni, koni. Było roboty, ale 350 litów, ha! To kupiło się garnitur, rower! Pieniędzy mieli, ubrania. Idą na zabawa, pieniędzy dzwonią się, cukierki mają w kieszeni, dziewczyny lazą. A u Miłoszów tak było: idź dwa lata posłuż na dwór, to do wojska nie pójdziesz. Pieniędzy nie płacił, tylko jeść i ubranie, to miał za darmo sługi – mężczyznów. Kobiet mało było. Jemu wyrabiali majątek. No, a później sprzedał. Mój ojciec kupił 15 ha, Laudański kupił 30, rozkupili ten majątek. Tak bardzo pięknie rzeczka przypływała, brzeziny wysadzone z jednej strony, z drugiej strony, musi cały 600 metrów, piękne brzeziny, las taki! Sad z jednej strony i z drugiej strony ogrodzony. W sadzie wszystkiego czego. Pałac był piękny, chlewy piękne, stodoły piękne, tok strasznie piękny, wielki, na filarach.
Władysław Gruzdź
[Nieśwież, lata 30.]W zamku żył książę. Tata doglądał jego majątku. Ja miałam wtedy może 9, może 10 lat. Pozrywałam sałaty, brałam kosz i szłam do zamku. Oni mieszkali tak z boku. Przynosiłam im warzywa. A oni mnie bardzo lubili. To byli dobrzy ludzie, książę - to był taki sławny człowiek. Mama czasem poszła do parku zabrać suchego drewna, to książę jeszcze pomógł jej włożyć na plecy tę wiązkę, ot. Synowie drugiego księcia, Leona - jeden był porucznik, a drugi taki chuligan. Bywało, że jak tylko wieczór, on lubił się z naszą Jadzią Fackiewicz, co to na naszej ulicy była. Lubił się. Jemu może było 18 lat. I on, bywało w każdy wieczór, przechodził po naszej ulicy z butelkami jakiegoś piwa, strzelał. To my gasiliśmy światło, żeby on nam w okno nie rzucił. No ale wszystko, wszystko przeżyliśmy.
Zofia Gul
[Kupa, lata 30.]Letnią porą do schroniska szkolnego przyjeżdżali nauczyciele z Wilna, z Grodna, z Warszawy i odpoczywali nad Naroczą. Były tam takie niewielkie drewniane fińskie domki, w których mieszkali. I była jeszcze Liga Morska Kolonialna, żaglówki, na jeziorze marynarze takie ładne. Jako dzieci chodziliśmy do tego schroniska, nosili z ogródka warzywa. Dawali nam pieniądze za to i potem kupowaliśmy sobie za nie lody i pestki. Narocz to była drewniana wieś, były tam 63 domy. Jeden gospodarz miał domek jak hotelik, też letnicy do niego przyjeżdżali. Potem była taka baza turystyczna w domu dwupiętrowym. Przyjeżdżały do niej rodziny z dziećmi z Grodna, z Wołkowyska, z Lidy, Warszawy, Wilna i Lublina. Kajaki byli, bardzo było dużo żaglówek. Był u nas pokoik jeden i też przyjeżdżali na wypoczynek. U nas prawie wszystko było tkane. I letnicy bardzo byli zainteresowani lnem, taniutkie płótno tam kupowali. Jeden sklep był niewielki, przy domach niektórzy gospodarze też trzymali sklepiki. Po wojnie znowu zaczęli przyjeżdżać rodzinami na całe lato z Mińska i z Moskwy, odpoczywali u nas.
Alina Jacyna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Ja już po litewsku się uczyłem. Jeszcze rok przede mną byli w szkole początkowej polskie lekcje. Między sobą, jedno z drugim, polski język używali. Byli my zagrożeni, żeby nie rozmawiać przez przerwę po polsku, tylko po litewsku. Boże mój, strach!Dwanaście lat, to już byłem robotnik – u ojca, na swoim. Pięćdziesiąt siedem hektarów ziemi. Za pługiem trzeba było chodzić, na wiosnę z siejbu... Od słońca wschodu do zachodu jestem zajęty. Po wojnie tu nikt mnie nie pytał, jakie ja mam obywatelstwo Było: obywatel Związku Radzieckiego. A przed wojną rodzice mieli litewskie obywatelstwo. Tutaj nie było polskiego obywatelstwa. Obywatelstwo litewskie, ale byli Polakami. Potem strasznie tu chcieli zrobić dużo Litwinów, ale tyle się zrobiło, ile się zrobiło. Jak przyszedł czas, to oni sami zrobili się Litwinami. Polak – skąd ten człowiek mógł naumieć po litewsku? Ja w ogóle litewski mało usłyszawszy! Dzisiaj, to mogę, słyszę w radio, a wtedy, to nigdzie nie było, przecież.
Tadeusz Janczewski
[Nieśwież, lata 30.-40.] Przed wojną tu były Radziwiłły, Radziwiłłowie żyli. Przyjeżdżali z całego światu - takie byli magnaty. Oni polowania urządzali, szuby mieli takie, o takie szuby. Futra ładne mieli, wszystko. Robią bale, bankiety. A potem Sowiety nagrabią, zabrali wszystko tu, wyciągali. Za Niemcami tam był hospital niemiecki, wracze byli. Nawet nasi chodzili - która tam masła, jajki nosili, to leczyli, mówili, że dobre byli wracze. A potem przyszli Sowiety, to było sanatorium. A potem spalili.
Irena Jankowska
Denisowo - wieś niedaleko Miorów. Nas było czworo dzieci: starszy brat Alfons, siostra Walentyna – Walja, najmłodszy brat był Józef – Józik (Ziutek – tak nazywaliśmy go, kiedy był maleńki). Rodzice mówili po polsku, ale później już wszystko to wyniszczyło się. Mama bardzo pięknie mówiła. Ojciec nie tak biegle, ale też mówił. I wszyscy my, dzieci, chodziliśmy do kościoła. W tej wioseczce były tylko cztery nazwiska: Janukowicz, Fedukowicz, Karnicki i Januszkiewicz. I siedemnaście chat. Wszyscy byliśmy katolicy. Ani żadnego nie było prawosławnego. U nas swój cmentarz (niewielki cmentarzyk), bardzo był dopatrzony. Chodziliśmy śpiewać. Modliliśmy się. Majowe odprawialiśmy. Tam krzyż był piękny postawiony. Ksiądz przyjeżdżał, wyświęcał ten krzyż. Ksiądz Jan Zawistowski. Do szkoły chodziłam tylko do pierwszej klasy, bo zaczęła się wojna. Nasza nauczycielka była córką batiuszki – Olga Derkotówna. Ale ona mówiła po polsku. Woziła nas do Druji. A tam, w Druji, był KOP [Komitet Ochrony Pogranicza], polscy żołnierze stali. Chodziliśmy do koszar. Dźwina, to już była granica. Żyliśmy na wsi, pracowaliśmy na roli. Już nas od dzieciństwa wszystkiego rodzice uczyli. Malusieńkie jeszcze byli, a już wszystko musieliśmy robić na gospodarstwie. Tam cztery krowy były, parę koni. Ziemi niewiele było.
Genowefa Janukowicz
[Żaki, lata 30.]Na wiosnę zawsze śpiewali, toż takie ładne pieśni dawniejsze — teraz nie słyszysz takich pieśni. Śpiewają i teraz pieśni, ale narodnych takich, jak kiedyś śpiewali, to teraz nie ma, odmarło. Wieczorem dwudziestego trzeciego kwietnia już tam było słychać, że w tamtej wiosce śpiewają, i my też spiewaliśmy, tu było siedemnaście dworów, to byłoż i ludzi, młodzieży! Na pagórek leźli, żeby dalej było słychać. No i śpiewali, dwa tygodnie śpiewali. Każdy wieczór zbierali się na majowe i śpiewali te pieśni. I żyto jak żeli, tak samo pieśni śpiewali: rada, rada baba, szto że ta pożała, rada, rada pierapiołka, szto eto dażdała.
Zofia Jarosz
Mamusia we wsi, to wszystko umiała zrobić. Ona przyjmowała dzieci we wsi, jak się kto narodził - z jakieś dwieście, trzysta dzieci przyjęła. I jedna tylko matka umarła, bo dziecko nie było żywe. Jak odchodzili Niemcy i przychodziły Sowiety... Czy może jak Sowiety odchodziły i jak nadlatywały samoloty, to wtenczas ona skoczyła do piwnicy i jej się oberwało. Dłuższy czas tak tam była, może dwa czy trzy dni. Jak jej się źle zrobiło, to przylecieli do mamusi. Mamusia mówi: – To dajcie, przyciągniem ją na jakimś wózku i niech ona tu, w domu urodzi. I ona u nas urodziła, i potem umarła. Poszło zakażenie. A Mamusia, jak przyjmowała dziecko, to jeszcze z pół roku przyjeżdżała, jak to dziecko zachorowało. Coś z brzuszkiem i płacze, nie śpi, to podjedzie, rozbierze dziecko do goła, położy na ręku i po tyłku ręką. Klaps! – Będzie zdrowe, nie przeżywajcie! Rumianku zaparzcie, niech on przepłucze żołądek. I śpi to dziecko! No, i jest zdrowe. Ona była nieuczona. Ni jednej klasy szkoły nie ukończyła, a czytała książek moc! A wszystko po takich bogatych panach jeździła i przywoziła książki. Czasem przywiozła z osiem kilo książek. I miała czas przeczytać! A potem wszystko opowie. Miała takie po panach różnych i bogobojne, i rozpustne książki. Ona wszystko potrafiła opowiedzieć. Jak czasem zbierali się po domach, na różaniec, bo takie kółko różańcowe było, to już ona tam coś mądrego o tej książce... No, lubiły ją kobiety. Potem kto miał chorobę-różę, jak zrobił się jakiś naryw na nodze, czy na ręku, czy gdzie tam, to ona wypalała lnem. Przychodzili też do niej, gdy sine takie się zrobiło i poszło jakie zakażenie. To ona szła do stodoły, wyciągała z żyta kłosy i robiła chyba z sześć pęczków. Tak zbiera, zbiera, zwiąże niteczką i odkłada. Potem przychodzi ten chory człowiek, bierze te kłosy. Mama stawia na taboret miskę a drugą miskę pod bolącym miejscem. I polewa te kłosy wodą. Jeden pęczek, drugi pęczek, przebiera, przebiera i polewa. No i zagoi się, i przejdzie to zsinienie. A księża mówią, że to jaka czarownica była. A ja, że tam modlitwa była, tam żadnego przeklęcia, ale modlitwa. Ona leczyła ludzi.Kto przelęknie się, też zamawiała. W piecu chlebowym jest taka zasłona na palenisko. Ona bierze tę zasłonę, kładzie na taboret, bierze z drzewa popiół i nasypuje kupki popiołu na czterech rogach i pośrodku. I tak parę razy. Bierze z miski popiół i sypnie, sypnie. Stawia miskę koło tego popiołu, na tej zasłonie. Macza mały palec w wodzie i do tego popiołu. Zadziera koszulkę temu, co choruje i stawia krzyżyk na piersiach i na plecach. Żegna się i stawia te krzyżyki. Potem bierze tę miskę z wodą, obmywa ciało chorego i potem z tej zasłony popiół wsypuje do miski. Ale wszystko od siebie wsypuje, od siebie, i od siebie. I potem bierze szmatkę, wylewa wodę do tej szmatki i wyciska. Robi się kulka sucha. Wtenczas przełamuje tę kulkę i patrzy pod światło. I mówi: – Jeszcze raz przyjść. To nazywało się skąpanie. To tak po obiedzie trzeba było przychodzić. A ja pytam, co tam mamusia widzi, jak rozłamie tę gałkę na tym krochmalu. A ona mówi: – Włoski. Jak włoski są, to znaczy nieukończone. Ale nie przedała nic nam: ani tego lnu, ani tych kłosów, ani skąpania. Nic nie powiedziała, jak to robić. Nawet jak już chorowała i leżała, to mówimy: – Powiedzcie, co tam jest, jak to robić. A ona, że potem powie. No i zmarła, i nic nie powiedziała.    
Stefan Jodkowski
Urodziłam się na Białorusi w 1929 roku. Zesłali nas około 1932. Jeszcze nie było wojny, a nas już sprzątnęli z linii frontu. W czasie wojny bylibyśmy na samej linii frontu. Dali nam zaledwie 22 godziny na to, aby się zebrać. Ojciec wszystko zostawił, farmę, bryczkę. Ojciec miał 800 hektarów ziemi i dwunastu pracowników. Byliśmy bogaci. Mieliśmy porządny dom. Mieliśmy dwie jałówki i pewnie około stu cieląt, ojciec miał dużo bydła.Miałam około trzech lat, kiedy tu przyjechaliśmy. W domu rozmawiało się po polsku. Rozumieliśmy rosyjski, ale mówić było łatwiej po polsku. Jak nas przywieźli, to nas zakwaterowali na chutorze. Byliśmy wtedy bardzo biedni, wszystko zostawiliśmy na Białorusi. Mieliśmy tutaj bardzo złe warunki, w takich warunkach porządny gospodarz nie trzymałby nawet bydła. Nie mieliśmy nawet butów, ojciec wyplatał łapcie żebyśmy mieli co założyć na nogi.
Nadieżda Junickaja-Amfiłowna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Stosunki polsko-żydowskie, Horodenka, II RP, lata 30.]Żydzi byli takie uprzejmi, zawsze macą swoją ugaszczali. Jak święta, tak oni całe takie kosze swojej tej macy… A my, dzieci, tak ich witali — chcieli, żeby nam dali, tak oni ugaszczali nas, dawali. Tak że dobrze było przed wojną, do 1939 roku był spokój, a potem, jak Niemiec przyszedł, już wszystko przewróciło się.
Anna Jurczenko
Żyłam bardzo dobrze i spokojnie. Chodziłam do szkoły, a był wtedy taki porządek, że jak na ulicy policjanci spotkali po 20 jakiegoś gimnazjalistę – a zawsze nosiło się tarczę szkoły – to zapisywali i potem powiadamiali szkołę, że się o takiej porze chodziło po mieście. Wszystko miało swój porządek, zwłaszcza w szkole i edukacji, bo był nacisk na europejskie wzorce wychowania młodego pokolenia, czyli tak jak powinno być, tak jak było przyjęte prawie na całym świecie. Prawie, bo na pewno nie w Rosji. Kiedy trafiłam na Syberię przekonałam się o tym najlepiej.
Taissa Kałahurskaja
[Wspomnienie o Józefie Piłsudskim — Dzierkowszczyna, lata 30.]Piłsudskiego pamiętam, pamiętam, o Piłsudskim mówili. No, jak można by określić? Największy… I jak można by powiedzieć? Bóg! O Piłsudskim tak nam w dzieciństwie mówili. Nauczyciel nas ustawił w szeregu i my chodziliśmy do kościoła, i była w kościele msza, i msza była za Piłsudskiego. Na ścianie w szkole wisiał portret Piłsudskiego.
Helena Kisielowa
[Intoka, lata 30.]Prezydent Polski to był Ignacy Mościcki. A marszałek Polski był Józef Piłsudski. U niego byli dwie córki: Jagusia i Wandeczka. Pamiętam Piłsudskiego i prezydenta, pamiętam takie wąsiki u niego. A pamiętam też: „Pan prezydent Polski, co żyje w Warszawie, z obrazka na wszystkich spogląda łaskawie”.
Eugenia Kozadajewa
[Intoka, lata 30.]W jednym domu byli Litwini. Oni po litewsku nie rozmawiali, ale lubili Litwę. A tam Polacy, katolicy wszyscy, do kościoła chodzili do Hoduciszek, modlili się. Wszystkie takie dobre ludzie byli, sprawiedliwe. U nas w wiosce ani w parafii nie było prawosławnych. Cztery kilometry od nas w jednym domu żyli Moskale. W Postawszczyźnie byli prawosławni, ale u nas nie. A my liczyli się: hoducieńska gmina, powiat święciański.
Eugenia Kozadajewa
W naszej klasie nawet nie było żadnego Żyda, ale niedaleko od nas mieszkali Żydzi, to oni byli bardzo fajni. Na naszym zaułku nie było Żydów, a na ulicy Kościuszki było bardzo dużo, i oni byli bardzo dobre. Moja mama mówiła: – Dzieci, z Żydem lepiej zgubić, jak z naszym znaleźć. A teraz u nas tylko kilku Żydów zostało, może jakieś trzy czy cztery osoby i to stare już, około dziewięćdziesiąt lat mają niektórzy. Jest tu pani Rywa Kac, ona porozmawia i zapyta, jak czuje się siostra. Zdaję się, że bliski człowiek. Oni bardzo drużnie żyli. Dużo było Żydów i prawie wszystkie sklepy były żydowskie. Męża siostry stryjecznej ojciec miał monopolówkę – to był Polak. Tylko rzeźników było dużo katolików, Polaków.
Irena Kruglińska
Skończyłam polskie dwie albo trzy klasy, ale polskość u nas była cały czas w domu. Jeszcze w domu czasem było, że rodzice rozmawiali… My wtedy nie wiedzieliśmy, co to znaczy białoruski język – „prosty”. Bo tutaj taka miejscowość, że nic nie ma na stałe. To carskie, to polskie –mieliśmy już Polskę. I tak żyli do 1939 roku. 17 września 1939 tatuś wstał, wyszedł na ulicę, wrócił i powiedział: – Ty wiesz, Hela, że u nas już są bolszewicy.
Irena Kruglińska
[Baranowicze, lata 30.]Przed wojną to tylko jak sen, tak dobrze było przed wojną. No, tato na pracy, u nas był i parobek, i służąca była u nas. Ogród był duży, gdzie to półtora hektara sadu u nas było. A zawsze, ot jeżeli było Boże Narodzenie, to tak obficie sprawiali Boże Narodzenie, Wigilię. Mama zapraszała biedniejszych tutaj. Nakrywali stół i przyjeżdżała chrzestna mojej siostry, pani Karpińska, i zapalali wtenczas - a mnie podobało się - świece zapalali i tak ładnie pachło, i takie piękne były choinki. No i Wielkanoc, zawsze tu było tak obficie, tak było radośnie. O, te święta, zwłaszcza Boże Narodzenie i Wielkanoc. Potem jak Piotra i Pawła - brat Paweł był, zawsze mama tak już Piotra i Pawła uroczyście sprawiała. Dobrze było, pięknie było. Żeby moje dzieci jeszcze to widzieli - choć nas było sześcioro. Tato pracował na kolei, ale on zarabiał - gdzie to była nawet jego książeczka - 360 złotych. To przy Polsce było dużo pieniędzy. To jak i dzisiaj sprzedać trzy krowy, no nawet cztery. A pamiętam, pamiętam, to było przed Nowym Rokiem, na pewno przed wojną. Mama mojej koleżanki żyła w Wilnie, to mama nas brała i woziła do Wilna, i prowadziła - po wszystkich kościołach nas wtenczas wodziła. Potem my u jejnej koleżanki nocowały.
Antonina Lickiewicz
[Jarzewo, lata 30. –40.]Wszyscy rozmawiali po polsku, to był kawałek ziemi polskiej. A wtedy Litewcy dokazywali, że Hoduciszki to ichnia ziemia, że to parafia ichnia i nie pozwalali nawet modlić się po polsku. Po wojnie zakrywali kościoły. To już było prawo partii. W kołchozach, jak już zaczęły się kołchozy, to Litewcy już mieli swoją ziemię. Kiedy poszliśmy w kołchozy, oddaliśmy tę ziemię Litewcom. Tam gdzie nasza była rodzina, już liczyła się litewska ziemia. A nasza granica białoruska przybliżyła się do Postaw.
Berta Litwinowicz
dotyczy także: Stosunki polsko-litewskie,
[wieś Raj]Moi rodzice zamieszkali tut w Raju. To jest teraz ulica Polowa w Brzeżanach, a kiedyś to była wioska Raj. Mam brata Zygmunta i więcej nas nie było, tylko ja i brat. Ojciec mój, Michał Smurz, jest z Polski – z Niska w Rzeszowskiem. Ojciec służył w wojsku. Tut był 51. pułk piechoty i ojciec był sierżantem. A matka była Ukrainką. Ojciec tu służył i gdzieś się zakochali. U mojej babci był jeszcze jeden syn, też się ożenił z Polką. Ojciec, dziadek i babcia służyli u grafa Potockiego. Babcia była kwiatkarka, a dziadek to był taki rządca. I wujek był też lokajem, więc cała rodzina pracowała tut u grafa Potockiego.
Teresa Luszniak
[wieś Raj]Bardzo babcię lubili, zawsze ją zapraszali jak dzieci nie chcieli jeść i babcia zawsze im tam chleb pokroiła na malutkie kawałeczki i wtedy sporo zjedli. Babcia tak umiała do dzieci ładno się odnosić i była bardzo sprytna. Zawsze zapraszali ją stół ubrać i mówiła, że taki obrus elegancki. Zawsze ona jeszcze ten obrus kwiatkami przystrajała. A wujek był lokajem u hrabiego Potockiego. On od młodych lat był bardzo inteligentny, bo kto koło kogo żyje, to się już bierze wszystko. Ten hrabia i wszyscy słudzy zawsze przeżywali, żeby się nie poprawić, nie przytyć, zawsze cieniutkim być, i tak wujek też. Bo jak troszkę nabrali jakieś gramy, to zawsze naokoło musieli latać, żeby to stracić. I on zawsze taki był akuratny. A tam był jeszcze kierownik Czuryk, rządca taki, bo to majątki były wielkie u hrabiego Potockiego. Potocki miał nie tylko tut w Raju, ale miał i w Zbarażu, i gdzieś tam jeszcze... Potoccy byli bardzo bogaci. On nam opowiadał, że ten rządca był nie w humorze i powiedział: – Tyś mnie coś julki nie tak poczyścił. To była taka fajka. A wujek mówi: – Ja zawsze jednakowo czyścił. – Jeszcze raz idź i poczyść mi julki. Wujek mówi: – Ja poszedł za drzwi, nic nie czyścił, bo wiem, że zawsze jednakowo. Ale przyszedł rządca: – O! Teraz już sprawa inna.
Teresa Luszniak
[wieś Raj]Jak to było w Raju? Mniej Polaków było. Tu byli tylko te wojskowe, co służyli w 51. pułku piechoty i ich rodziny. Wojskowych to było może pięć takich, co żyli w Raju: mój ojciec, Laskowski, Pawełczuk i może jeszcze pięciu było takich. Potem jeszcze Kurdziel to też był Polak. Ale w Raju i wszędzie w wioskach to było więcej Ukraińców. Ale dużo było takich mieszanych rodzin. I początkowa szkoła tu była też ukraińska. Ale nauczyciele byli, uczyli i polskiego języka, i ukraińskiego tut w Raju. Może nawet na początku była tylko polska szkoła. Na początku, a potem już nie. W domu mówiliśmy po polsku, a do pierwszej klasy poszliśmy do ukraińskiej szkoły, a dzieci się wszystko prędko nauczą.
Teresa Luszniak
Harcerstwo. Na zbiórkę nie chodziłyśmy, a biegłyśmy, nie mogłyśmy doczekać się tego dnia. Zbiórki były średnio raz w tygodniu, z tym zamiarem, żebyśmy więcej chodziły na szkolne lekcje. Co nas tam przyciągało, jaki magnes? Po pierwsze, że były tam rówieśniczki. Były harcerki, chłopcy oddzielnie. Tu była tylko drużyna dziewczynek. Na zbiórki harcerskie obowiązkowo był mundurek, był krawacik, była lilijka. Na zbiórkach był taki początek: zastępowa nas na baczność ustawiła, w linijkę. My mówili, kto dziś po jakiej przyczynie został w domu, czemu nie na zbiórce, czy wszystko u nas w porządku. Tak, była taka komenda. Potem siadałyśmy już w kółko i była taka rozmowa bardzo swobodna, co nas ciekawiło w szkole, co, jak. A potem była taka, można powiedzieć, taka lekcja historii o Polsce, o miastach, o królach, o zaborach polskich. I to tak stopniowo, nie wszystko na jeden dzień. Potem często chodziłyśmy na cmentarz, na Słobódkę, gdzie teraz stoi wielki krzyż, znak wdzięczności poległym w 1920 roku żołnierzom. Tam robiłyśmy lampiony, same. Teraz znicze nazywają się, a wtedy były lampiony. Puszki konserwowe, do puszek nalewałyśmy tłuszczu jakiegoś, same robiłyśmy knoty, a potem jeszcze abażury takie, kolorowe. No, oczywiście, czasem ten abażur i spłonie, ale to nieważne. Każda niosła w ręku do tego cmentarza. I każda miała swego oficera i swój nagrobek, gdzie składała kwiatki i te znicze.
Walentyna Łapkowska
Szkoła. Jeszcze kilka słów o szkole polskiej. Szkoła polska to jasny promyk słonka, została w moim sercu. Bo poszłam do szkoły najmłodsza, w 6 lat. Wszyscy starsi moi bracia, siostry, już chodzili do szkoły, a ja zostawałam w domu z mamą. Więc wynajdę gdzieś jakąś torbę, składam gazety, składam wszystko i ja idę do szkoły. No, ja tak tym naprzykrzyłam się starszym braciom i mamie, że moja starsza siostra odprowadziła mnie do takiej przygotowawczej nauczycielki, do pierwszej klasy. Ta pani przygotowywała dzieci. Była ona sama Niemka, ale pięknie gadała po polsku i umiejętnie umiała nauczyć czytać. To jej zawdzięczam pierwsze słowa polskie: Ala, Ula. To ona mnie wszystkiego nauczyła. Była bardzo sroga. Stille! Powie po niemiecku. A potem tak: cicho, cicho. A uczyła ona rozmaite dzieci, i takie bardzo żywe, którym może i trzeba było głośniejsze słowo. A już do nas, do dziewczynek, była bardzo łagodna. Nazywała się pani Putrys. I tak ja do niej chodziła. Nie wiem, ile miesięcy, ale ona mnie przyszykowała. Pani dyrektor, pani Maria Kiełło, zapytała, co ja umiem. A ja umiem czytać. No, już bezwarunkowo zostałam przyjęta. Sześć lat, sama najmłodsza. I sama najmłodsza gimnazjum ukończyłam. To mnie nie przeszkadzało, bo fundament dobry był założony. Nauka szła mi dobrze, szczególnie języki. Ja jakoś chętnie oswajałam i uczyłam się. A w gimnazjum języków było niemało. Był łotewski, był rosyjski, była łacina, był angielski i niemiecki. Wszystkiego pięć. Wysiłku dużo i czasami nadążyć ciężko.
Walentyna Łapkowska
Szkoła. Mój mąż uwielbiał Olgę Dauksztównę, nauczycielkę. Mówił, że każda lekcja to był po prostu teatr, to było jakieś pożywienie duchowe. Ona nigdy nie zaglądała, gdzieś, do notatek, zeszytów, książek. Wszystko sama od siebie. Jak poetka. Bardzo była uważana. Ja pamiętam ją. Jak było to gimnazjum rozmaitych narodowości, to chodziła po korytarzu - taka piękna kobieta, poważna i takim szacunkiem była darzona. Gdzie przeszła, chłopcy na baczność staną, wyciągną ręce z kieszeni i otworzą drzwi, i pomogą. Z takim wielkim szacunkiem...
Walentyna Łapkowska
[Zaleszczyki, lata 30.] Ładne było miasteczko. To już nawet po wojnie jeszcze było ładnie. Jeszcze nawet teraz to, to było kurortne miejsce. To tutaj dużo tak ludzi, odpoczywali, po domach. Tutaj majorowa taka żyła, tam nad Dniestrem. Plaż był słoneczny, plaż był taki cieniowy, a teraz nic nie ma. Wszystko zniszczone. Ten plaż słoneczny to pewno wtedy jak wojna była to rozbili, bo on był tak tutaj kolejowy most i tutej ten plaż. To zbili most, zbili to wszystko, bo to pełno wtedy rozbili.
Maria Malitowska
[Seret w Czortkowie]Raz pojechałem z końmi dać im pić w Serecie. Tam jest droga z góry nad Seret, woda tam duża była. Kąpały się konie, ale ja nie kąpałem się, u nas w Czarnym Lesie wody nie było i ja kąpać się nie umiem. Tak do pasa wszedłem, ale później mnie przewróciło, zalewało i już się topiłem. Dwa razy topiłem się, jak byłem mały, ale uratowali mnie.
Włodzimierz Maniowski
Szkoła była koło zamku, murowana, nie taka duża. Ona jest jeszcze teraz. Koledzy różni z okolicy, z Wygnanki, z Przychodów, z Czarnego Lasu. Jak to chłopcy, jak idą ze szkoły do domu, to po drodze biją się. Była taka dyscyplina. Szły jakieś baby, a dzieciak powinien im powiedzieć po drodze: – Pochwalony Jezus Chrystus. Nie powiedział, to już donosiły do mamy i mama dała w domu tak, że drugi raz, czy znasz, czy nie znasz, to musisz się przeżegnać, bo będziesz bity.Uczyliśmy się niemieckiego, ukraińskiego. Nauczyciele Polacy byli. Dyrektor Kotwicz, Jurewicz była taka fajna nauczycielka, niedaleko mieszkała, może 200 metrów od szkoły. Miała swój dom pod górą, nawet kawałeczka działki nie miała, może tylko na kwiaty, ale pensję dostawała ze szkoły i chyba miała dobrze. Kto pracował za Polski dobrze, na urzędzie, na kolei, to mógł za miesiąc zarobić na trzy krowy. Przed wojną krowa kosztowała jakieś 80 złotych, a on dostawał ponad 200 złotych.
Włodzimierz Maniowski
Mamusia pracowała u Radziwiłłów, wsio wriemia pracowała. I wszyscy we wsi chodzili równo u Radziwiłłów pracować. Jako młoda dziewczynka chodziła mama. Bardzo lubili Radziwiłłowie tych, kto pracuje dobrze. I zawsze prosili, żeby przychodzili. A jak kto jeden dzień porobi i nie chce dalej pracować - to więcej nie przychodź! I trzeba pracować było jak dla siebie - dobrze pracować. I rekomendowali dobrze, i płacili. Mamusia mówiła, że na wszystko, co trzeba było dziewczynce, i ubrać się i inne, to, o, tak, wystarczało.
Józefa Martos
Zawita duża była wioska, ale katolików mało było. Tylko były prawosławne u nas, więcej prawosławnych. A wioska pobudowana z dwóch wiosek. W Rudawce, to tam dużo było Polaków. Tam prawie wszyscy byli Polaki, katoliki. Oni, prawosławni, do cerkwi chodzili, a my do kościoła. A jak ksiądz idzie domy święcić, to oni nie zapraszają, oni nie lubili. Nie lubili go. Mało było mieszanych rodzin, mało było takich przed wojną. Bardzo prześladowali - mamusia mi to mówiła - bardzo prześladowali, gdy prawosławny z katoliczką żenił się. U mnie też - syn chrzczony w cerkwi, ja go tam zaniosła, choć ślub brała w kościele. A córki w kościele moje chrzczone.
Józefa Martos
Moja mamusia, choć była - rańszej nie uczyli - bez obrazowania, to ona wszystko opowiadała, wszystko znała. Nikt wtedy nie uczył się. Gdzie tam! Szkoły wtedy nie było. Po domach chodził uczyciel i uczył. Uczyciel był taki, co przyjedzie do domu i dwoje, troje dzieci uczy... Mama pisać umiała i po polsku rozmawiać umiała, dużo lepiej, jak ja. Ja to raczej samouczka.
Józefa Martos
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Dzieciństwo, jak wyglądało? Kiepsko wyglądało. Na ziemi my żyli, ziemia mała. Dobrego nic nie było. Mama zmarła jak my mali byli, ojciec ożenił się. Dzieci dużo było, a roboty nie było. Trzeba było zarabiać, krowy paść. U takiego, co żył dostojnie tak. Trudne było życie.Ludzie na ziemi pracowali, koło domu swoje robili i jeszcze do Łotwy wyjeżdżali na zarobki, na całe lato. Dokumenty robili i wyjeżdżali, do gospodarzy. Bo tam było nasilenie ludzi małe, a ziemi i po 300 hektarów. I im potrzeba było ludzi. Mój ojciec też jeździł. Wszystko zostawiał, wyjeżdżając w kwietniu i przyjeżdżając tuż przed zimą. Przez trzy lata jeździł. W szkole ja mało byłem, nie było czasu chodzić do szkoły. Trzeba było zarabiać na chleb. Szkoła była daleko, 4,5 kilometra, w Belmontach.
Julian Masłowski
Ojciec był u mnie grekokatolikiem. A matka była Polka, rzymskokatolicka. Ojciec nazywał się Iwan, ale nazywali go Janek, nikt nie mówił na niego Iwan. Zawsze był Janek. Chodziliśmy do cerkwi greckokatolickiej także. Ale do rzymskokatolickiego także chodziliśmy. Katechetą był ksiądz Urbański, a proboszczem ksiądz Kasperowski. Miałam trochę taką szarpaninę. Jedną niedzielę prowadzą mnie do kościoła, a drugą do cerkwi. Ale mi wszystko jedno, pan Bóg jest jeden na świecie, nie ma dziesięciu bogów. W mojej klasie w szkole było trzy Ukrainki, trzy Polki i 26 Żydówek. Ja byłam najstarsza z rodzeństwa, za mną było pięciu braci. W 1940 roku matka szła do szpitala na kolejne rody, to ja mówiłam: — Mamusiu, jak będzie chłopak, to niech mi mamusia nie przychodzi do domu! Ultimatum postawiłam. Opiekowałam się tymi dziećmi. I z pieluchami, szyłam im wszystko. Mówili, że przy komunizmie trzeba mieć siedem profesji — to pewnie mam więcej, jak siedem.
Barbara Medyńska-Michajłow
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Zaleszczyki]Przed wojną wielu letników było w Zaleszczykach, z zagranicy przyjeżdżali. W Zaleszczykach dużo było pensjonatów. Pensjonat „Bajka” na tej ulicy, na którą chodziłam do kuzyna. Pensjonat „Świt” u Drozdowskich, willa „Róża”. Przyjeżdżali najczęściej bogaci letnicy. A gorąc jaki był u nas! Plus 60 w słońcu. Na cienistej plaży można było ugotować w piasku jajka. I Piłsudski u nas był w 1932 roku. Powitali go uroczyście. To był już staruszek, siwy… Bardzo to uroczyście wyglądało. Wieczorem capstrzyk, a dniem defilada. Przyjmował defilady. Przyjechał pociągiem. Przyjmował od nas defiladę, od dzieci, od naszej szkoły. Letnicy przyjeżdżali przeważnie pociągami. Nie było tyle samochodów, co teraz. Ale zapach benzyny był taki przyjemny, że biegałyśmy za tymi maszynami, autami, i wąchaliśmy to, jak narkotyki. Pachniało ładnie. Taksówki były. Dużo fiakrów było, dużo, końmi jeździli. Zaleszczyki miały drugie miejsce w świecie wśród letnisk, mówili, że to polski Meran.
Barbara Medyńska-Michajłow
[majątek ziemski Pelikany, lata 20.–30.]Marno żyli, nie mogę powiedzieć, że dobrze żyli. Pracowali na cudzym majątku — Pelikany. Staruszka taka była — Pelikanowa, a Pelikan był jej mąż. Mieli majątek wielki. I wszystkie, cała nasza wieś, a było w niej jakieś pięćdziesiąt domów, to pracowali w majątku, i to za darmo, aby tylko pojeść i kilogram zboża dostać… Przy Polsce bardzo trudno żyli, bardzo trudno, męcząco było.
Bronisława Miłaszewicz
[Albertyn, lata 30] Jakoś widziałem, ale tak z daleka, że przyjeżdżała czwórka białych koni do kościoła. To było kilometr, dwa czy trzy - pałac hrabiów Pusłowskich był pod kościołem. I przywoził ich starszy woźnica, pan Marzec. Ja mówiłem, że u nas było nazwisko takie, Marzec...Woźnica był z takimi białymi wąsami wielkimi. On zawsze z przodu siedział. Dla nich, dla hrabiów, była już na przodzie ławka. Ja tam byłem ministrantem, ale takim dopiero początkującym, bo ja w 1938 roku dopiero do komunii przystąpiłem i tak w 1939 roku już wszystko to się skończyło.
Wiktor Mostek
[Wilno, 1935]Pamiętam jak serce Piłsudskiego tu przywozili do Wilna w trzydziestym piątym roku. To mam w oczach: wszystkie szkoły wychodziły, czekaliśmy bardzo długo póki przywiozą jego serce. Generałowie prowadzili pod rękę córki. Wanda i Jagódka były w krepach. Taką ładną kiedyś żałobę nosili. Mówiło się cały czas o Piłsudskim i potem w szkołach był Piłsudski, pośrodku krzyż, a z drugiej strony Mościcki. Bardzo płakaliśmy wtedy i takie opaski czarno-białe nam wycięli. Na ulicach były takie chorągwie biało-czarne. Żałoba była długa, chyba dwutygodniowa.
Izabela Moszko
[Baranowicze, lata 20. i 30.] Żydzi to bardzo dobrze żyli. Sklepy mieli pierwszorzędne. Synagog było dużo. Żydzi mieli wszystkie prawa. Odnosili się też dobrze do Polaków, dawali im kredyty. Do mojego tatusia bardzo dobrze się odnosili, też proponowali mu kredyty, ale tatuś przeważnie ich nie brał. Żydów było bardzo dużo i była zgoda. Później to jakoś tak zaczęli na tych Żydów… Dużo było Żydów inteligentnych, na przykład adwokat Kamieniecki albo Szerman, znajomy mojego tatusia. Do nich przychodziła korespondencja zagraniczna i tatuś uczciwie i uprzejmie wszystko załatwiał, czy to Żyd, czy nie Żyd. Nawet robił tak, że w sobotę — a Żydzi byli głębokiej wiary i w sobotę modlili się w synagodze i nie przychodzili na pocztę, żeby zabrać listy — jechał do nich na rowerze i w pocztowej kopercie z pieczęciami i lakiem zostawiał im w domu na stole. Żydzi bardzo wdzięczni za to byli.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Leśniczówka „Kordon”, 1923–34]Leśniczówka to był duży budynek, prawie dwupiętrowy. Na drugim piętrze tylko pokój jeden był. Dla leśniczego tam 15 hektarów ziemi było, można było obrabiać, to obrabiał i służącą mama trzymała, i parobka trzymali, bo to kilka krów, i owce były, i świnie. Leśniczówka wyglądała ślicznie. Dom tak więcej pod lasem był, a tutaj do drogi to sad ojciec wysadził młodziutki. Pies był dla polowania na zające, pies był na ptaki. Ojciec i starsi bracia chodzili na polowanie. Leśniczowie czasami jeździli na wilka, na obławę. Pamiętam, mała jeszcze byłam, jak tych wilków zastrzelili, rozłożyli na ganku. Wyszłam z domu, patrzyłam na nie i bałam się, że mnie ugryzą. Zające, ptaki różne — wszystko było. Kiedy ojciec był leśniczym, to naturalnie, że żyło się lepiej niż później na gospodarce.
Leokadia Ohrymienko
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Kurzeniec, 1937]Trzeba było podatki płacić takie duże, a ojca już nie było, w 1937 roku zmarł w Wilnie w szpitalu. W Wilnie gdzieś jest pochowany. Po dzisiejszy dzień nie byłam na mogile. Najstarszy brat, Kazimierz, jeździł na pogrzeb, a brat Józef to z nim był w szpitalu przez cały czas. My krowę sprzedali, przecież trzeba było zapłacić za operację, za utrzymanie, za wszystko.
Leokadia Ohrymienko
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Stołowicze, lata 20.-30.]Te majątki wszystkie były podlegle Radziwiłłom z Nieświeża. Stara pani była z córką i troje dzieci, bo mąż też jej umarł. Ja ich pamiętam. Jedna razem ze mną do szkoły chodziła, druga z siostrą, a chłopiec z bratem. W tym samym wieku byli. I tam był specjalny dom, gdzie trzymali parobków. I ojciec z matką, też tam u nich miał kwaterę i ja na przykład krowy majątkowe pasł, pomagał. Żyd trzymał te krowy - sześćdziesiąt sztuk w majątku. Ale oni biedne byli te pany, u Radziwiłła arendowali, nie było rozkoszy, biedno żyli. A potem wywieźli na Syberię ich wszystkich, w 1939 roku.
Dionizy Omieciński
Jeden raz byłam na wycieczce od szkoły swojej. Mnie, jako bardzo dobrą uczennicę, wzięli do Grodna i pierwszy raz jechałam pociągiem. A u nas w Grodnie był zoologiczny ogród. I wtedy raz my przyjechaliśmy pociągiem do Grodna - ci nasi polscy nauczyciele i grupa dzieci. I tutaj chodziliśmy po Grodnie; lody nam kupili, bo mieliśmy trochę pieniędzy. Nie wiem, skąd wzięli, bo pieniędzy w domu prawie nigdy nie było. No, i chodziliśmy po tym naszym zooparku, zoologicznym ogrodzie. Dla nas to było coś dziwnego. I te małpy, i te lwy, i te tygrysy - to wszystko my oglądaliśmy, jeden raz, w Grodnie, przed wojną. A potem już do Grodna jeździliśmy. A od nas do Grodna dojechać, to była niełatwo. Dlatego, że połączenia żadnego nie było, tylko trzeba było iść na pociąg do Skidla. To trzeba było o trzeciej godzinie w nocy wychodzić, po ciemku, iść po tych drogach naszych i przychodzić na godzinę siódmą, chyba, na tę stację kolejową i siadać do takiego pociągu. A pociąg taki był, że... Tam kiedyś jedna kobieta z nami poszła. Tak bała się, że tak stanie w tym pociągu i te deski tak odejdą, i ona upadnie. Ona cały czas tak stupała, czy trzyma się ta deska - tak się bała. No, i my wtedy przyjeżdżaliśmy do Grodna, i tutaj coś sprzedawaliśmy, no, i potem wracaliśmy. No, i znowu pieszo do domu, prawie dwadzieścia kilometrów.
Genowefa Ostrowska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Uczyłem się w szkole i nosiłem na ręku czarną wstążkę. Bardzo ubolewaliśmy po śmierci Piłsudskiego. Głównie ojciec bardzo ubolewał. Pamiętam tylko, bo ojciec był sołtysem, jak zbierali się u nas mężczyźni. Czasami rozmawiano i o wojnie. Ja jako niewielki chłopiec słyszałem te rozmowy. Było mówione, że nie warto pieniędzy trzymać. Ale co kupić? Radzili: najlepiej kupić kawał ziemi, bo inne rzeczy to mogą zabrać, a ziemi nikt nie zabierze. Ale przyszli Sowieci i ziemię zabrali, bo przecież zrobili kołchozy.
Wacław Pacyno
[wieś Buki, lata 30.]Zabawy byli – chłopców że dużo było. Ale nie było światła, oj, oj, może cztery lampy pali się w mieszkaniu i kurzu o tyle, bo nie widać. Tyle kurzu. Zaraz troszkę wody pokropił i też tańcuje. Potańcujesz, przyjdziesz do domu, godzinę odpoczniesz, trzeba już iść na pracę... Trzeba pracować, odpracowali na ogrodzie i na polu, wszystko.
Stanisława Paczkowska
[Łohiszyn, lata 30.]W klasie było nas dużo — 50–60 dzieci. Byli Żydzi i byli prawosławni. Do nas, katolików, dwa razy w tygodniu przychodził ksiądz i wtedy oni wychodzili z lekcji. A jak przychodził batiuszka, to wtenczas my wychodziliśmy. Jak Żydzi szli, to nasze chłopcy na plecach im krzyż robili. Dużo Żydów mieszkało w Łohiszynie przed wojną. Na ulicy, która do Pińska prowadzi, mieszkali sami Żydzi — pracowali jako szewcy, krawcy, kowale.
Anna Pryputniewicz
W tych kołchozach nie było nijakiej prawdy. Tam strasznie było na Ukrainie. Kościoła nie było, wszystko rozbili. Mama, jak przygotowywała się do świąt, to świecy nie można było zapalić, bo stukali w okna. Chodzili. Takie było prześladowanie, że nieraz nie można było nic zrobić. To po cichu, zakrywali kocem okna, żeby nie widać było świec.
Aniela Puchalska
Za polskich czasów żyliśmy bardzo dobrze. Ja nie mówię, że byliśmy bardzo bogaci, ale średnio żyliśmy. Mieliśmy taki sklepik nieduży, gdzie mama z ojcem pracowali. Zakąski i piwo można było tam kupić. Piwiarnia taka. Już nie ma teraz tego miejsca. Tam rynek był kiedyś, mieszkali tam Żydzi i to wszystko spaliło się. Nie ma już nic. Teraz Park Młodych jest. Ja chodziła tam. Zupę rodzicom zaniosę, a po drodze idę, patrzę - Żydzi uczą się na rabinów, czy co? I słyszę: - O, goj! Goj! - na mnie, a ja im język. Potem mama mówi: - No dobrze, pojedziem dorożką nazad. A mama z Żydami dobrze żyła, dlatego, że sklepy mieli, jeden i drugi. Mama pójdzie co kupić, a ja wszystko pooglądam, co tam u nich w sklepie. Ona wszystkich znała. Żydzi takie drużne, dobrzy byli. A potem wszyscy biedowali, jak to będą bez Żydów żyć?
Adolfina Raszewska
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
To było polskie towarzystwo… KSM – Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży.„KSM, KSM, jakie są odznaki te? Jak kto nie wie, niech się dowie, jest to polskie pogotowie. Kto nie wie, niech się dowie, jest to polskie pogotowie.” Miałam wtenczas dwanaście lat jak skończyłam szkoły. Jedna dziewczyna podchodzi do mnie: –Słuchaj, co ty robisz? Ja mówię: – Ta nic nie robię… Oprócz obiadów w niedzielę, to nic nie robię. Siedzę w domu. – Chodźże do nas, do towarzystwa. Ja mówię: – Dobrze! Ale ty mnie tam musisz zaprowadzić. Ona mówi: – To pewno, że cię zaprowadzę. I myśmy w kościele Marii Magdaleny mieli towarzystwo.I jeszcze jedna taka piosenka była: „Płonie ognisko i szumią knieje, drużynowa jest wśród nas. Opowiada nam starodawne dzieje, gdzie dębowy rósł tam las. O ojczyźnie naszych polskich granic, a ponad nami wiatr szumny wieje i dębowy szumi las.”
Maria Riznik
Był taki biedny dziadzio, w koszuli długiej, z pałką. Trzymał worek, żeby ludzie rzucali mu kopiejki. „A ja biedny dziad. Co ja będę jadł? Pójdę sobie na krakowskie, kupię sobie kulikowskie, będę sobie jadł, bo ja biedny dziad. Napił się dziadunio ciepłego winka, siadł sobie z babusią koło kominka. Babusia radusia, rączkami kleszcze a mój dziadunio gorzej go jeszcze. A mój dziadunio gorzej go jeszcze. Prosi dziaduś, prosi, worek próżny nosi. Prosi na święte rany, bo mu się trzęsą gałgany.” I ludzie mu rzucali, tak lubieli tego dziadzia zawsze.
Maria Riznik
[Sadowszczyzna, lata 30.]Za Polski ojciec pracował na ziemi i mamusia, wszystkie pracowali, trzymali krowy — żyli z tego. No nie bardzo było rozkosznie, ciężko było żyć. Wielkie podatki byli. Mieliśmy cztery krowy, ja mała je pasłam, do szkoły mało chodziła.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Sadowszczyzna, lata 30.]W naszym zaścianku było pięć domów, pięć rodzin. My swoją gospodarkę mieli. Ojciec trzymał konie, cztery krowy. Dzieci je paśli, pracowali, robili na gospodarstwie. Dobrze było, wesoło, lepiej niż teraz. Zbierali się często razem i jakoś tak było gorzej żyć, ale śmielej. I na tańce chodziliśmy, to do jednej wioski na zabawę, to do drugiej. Tak się u nas ludzie bawili.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Sadowszczyzna, lata 30.]My w szkole po polsku uczyli się, ale w domu to nasz narodny język był bielaruski: pajdziom, paszli — tak my mówili. Wszystkie u nas w zaścianku Polaki byli. W Szeremieżu i prawosławnych było dużo, ale w naszym zaścianku to Polacy, katoliki.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Sadowszczyzna, lata 30.]W sklepach w Kobylniku sprzedawali Jewrieje. Bardzo dobre oni byli, pamiętam. Polacy tak nie dawali na kredyt, a oni mówili: — Pani, proszę brać. Ja zapiszę, bierzcie, bierzcie. Jak będziecie mieć, wtedy oddacie. I oni tam wszystko targowali. Było bardzo dużo żebraków koło kościoła. Biedni tam siedzieli, prosili.
Bernardyna Rodziewiczówna
Chodziłam do szkoły u sióstr benedyktynek, to była taka elitarna szkoła. Prowadziły zakonnice i kilka pań było cywilnych. Tam się uczyłyśmy wszystkiego: i gotowania, i szycia. Taki pensjonat dla dziewcząt. Chodziłam do pierwszej i do drugiej klasy. My, "benedyktynki", nosiłyśmy mundurki marynarskie i bereciki ze świętym Benedyktem, takim znaczkiem. Potem się zaczęła ta wojna, wszystko poszło do góry nogami. Za Ruskich musiałam iść znowuż do pierwszej klasy, chociaż z drugiej wszystko wiedziałam.
Krystyna Ruda
[szkoła w Maniewiczach, lata 30.]Jak święta żydowskie — Żydzi nie idą do szkoły, jak ukraińskie — Ukraińcy nie chodzą do szkoły, a na polskie to nikt nie chodzi. O takie byliśmy, takie mieliśmy święta. No tak dobrze było. Religia była, no ksiądz przychodził, religii uczył tam nas. Przychodził na religię ksiądz, przychodził rabin i przychodził batiuszka. Dzieci ze sobą dobrze żyły, nigdy nie było konfliktów. Kiedyś może tam, ale nazwać tego nie przystoi, ale za nas jeszcze dobrze było. Nigdy. Ludzie chodzili, świętowali razem, kumowali i żenili się, tak że tam nie było żadnego takiego, jak to się zrobiło teraz.
Jadwiga Rybińska
U nas rzeka była, las. U nas granica była. No, to wioska tam biedna - też nazywała się Owsianka. A u nas folwarek Owsianeczka nazywał się. Pamiętam sąsiadów, ale tak jakoś przez sen. Pamiętam dobrze do których my biegali. Tam może czworo dzieci było, małych. Ich chatka była lepiona z gliny. A gospodarz sam jeździł do Łotwy pracować. Ot, on przez lato pracuje, a na zimę przychodzi do domu. A tam się zostaje z dziećmi tylko matka. I pamiętam tak dobrze - wtedy aż przybiegłam do domu i płakałam - tak dobrze zapamiętała: oni tak biedno żyli i robiła ona owies. Gotowała, tłukła, żeby to łupinki się odłączyli, wtedy [?] w żarnach mleła, a wtedy lała wody w miskę, troszkę soli, to zamiesza, zamiesza, bo to już warony był owies. I robi takie placki, i dzieciom swoim daje. A my stoimy, i mnie nie dała. Ja przybiegłam do mamy: - Mama, wsyp mąki do talerza, do miseczki, nalej wody, soli. No, zrób takie placki i daj mnie. Tak ja płakałam. A mama powiada mnie: - Toż trzeba zgotować. To ziarno nie takie... Ja tak dobrze zapamiętałam, że płakałam i chciałam tych placków. A wtedy mama tej sąsiadce powiedziała... Bo dlatego, że mama i zaniesie im tej, no, co ma, to zaniesie. U nich krowy nawet nie było... Ona do nas przychodziła i żyto żąć, i trawę żąć. My dawali im mleko, żeby dzieci nakarmić. A mama wzięła i powiedziała, że ja płakałam, że chciała tego placka. Wtedy, oż, drugi raz ona to zrobiła i mnie nakarmiła.
Genowefa Samsonowicz
Dwóch księży u nas było, wyświęcić trzebaż było dom. My byli parafii borodzienickiej, a parafia ikaźnieńska, eta druga, sąsiedzka. Na gości do nas przyjeżdżał z Ikaźni ksiądz i my zaprosili jakby jednego. A on powiada: - A u was wasza parafia i musicie tego poprosić. Za to, że ja jeden, i z drugiej parafii - ja nie pojadę, wy z borodzienickiej parafii. I dlatego u nas dwóch księży było. Bo z jednym bardzo my gościli, a drugi jakoś my, no, nie wiem, tak nie bardzo...Dwóch księży było, i może było osób czterdzieści. Pokój był duży, w którym stół był, duży pokój, gdzie tańcowali. I księża tańcowali też, a dziewczynki... Ale księża bez dziewczynek tańcowali. A dziewczynki nasze młode, klaskały: - Proszę, ja chcę potańczyć, ojcze, z tobą. Druga powiada: - Ja chcę, ojcze, z Tobą potańczyć.
Genowefa Samsonowicz
Życie podobało się, dobrze było. Ziemia była, bydło było. Nu, tak bardzo ładnie było, jasno, koło rzeka była. Swoje wszystko było i żyli dobrze. Wszystkie święta świętkowali. Wigilia była, i siano przynosili na stół, wszystko było jak trzeba. Opłatki byli i księdza po kolędzie czekali zawsze. Wszystko było i wszystkim cieszyli się. W zielone świątki my przyszli do kościoła, co wtedyż tyle radości było. Potem zaczęli mówić, że Boga niet, że eto wsio nieprawda. A ja myślała, że jest on. Nie zdawała się na to, że jego nie ma.
Leokadia Sapiel
Na Boże Narodzenie były przedstawienia. Zawsze aniołki występowały, dziewczynki przebierały się. Różne były przedstawienia, zawsze coś pokazywali, jakieś taneczne przedstawienia, dzieci występowali. Ja bardzo byłam zadowolona z tej szkoły i wszyscy byli zadowoleni. Tam religii uczyli... Wszędzie uczyli religii, ale tam więcej wkładali tego. Bo siostry to już były dobre, o! I uczyli jak zachowywać się, jak do starszych odnosić się. Takie wychowanie było, że człowiek wiedział jak może obracać się od dzieciństwa. Bo w domu też tak samo, w domu też mama mówiła: tego tak nie, tego tak nie... Dobrze było...
Władysława Siemienik
[Żałoba po śmierci Józefa Piłsudskiego – Leonpol, 1935]W szkole żałoba taka. Nam wyjaśnił nauczyciel. Pamiętam. Żałowaliśmy Józefa Piłsudskiego. My jego dobrze nie znaliśmy, ale nam już w szkole wszystko wyjaśniono.
Marta Siwko
[Majątek Łopacińskich – Leonpol, lata 30.]Pan Łopaciński bogaty był. Ten pan miał jeszcze jeden budynek, tak że księdzu Zawistowskiemu oddał ten budynek na kościół. Wtedy już ksiądz znalazł swoich wiernych. Budynek murowany był, niedaleko drewnianego domu. On oddał księdzu na kościół. I stworzył parafię, i my aż 12 kilometrów z Wiaty chodziliśmy co niedzielę, co święto boso, w węzełku kawałek chleba, może jakieś skwarki, kawałek cukru, a gdy doszliśmy — to zjadaliśmy przed samym już ogrodem. I szliśmy. Tak było.
Marta Siwko
W Nowogródku byłem czasem, na targ jeździłem z ojcem. Ojciec sprzedawał prosiaka, może owcę. Ja, jako stróż wozu, przy koniu. A ojciec gdzieś tam musiał odejść. Przychodzili do nas Żydzi, nawet ojciec zajeżdżał do Żydów. Żydzi byli znajome, gościli nas, pamiętam. Oni bardzo dobre byli. Zawsze zajedziem. Nie tak często, ale jak bywamy, to zachodzimy. Oni czymś to goszczą.
Czesław Sobolewski
U nas było niedużo ziemi, tylko trzy hektary. Biednie my żyli. Tatuś mój był pracowity. Uprawiał też pole sąsiadki i na pół się dzielili. Miał też konia dobrego. Od nas jeździli do Łotwy, na pracę. I on woził i kobiety, i mężczyzn. Dobrze tam zarabiał. Że ziemia mała była, to on tak ciężko pracował i dzień, i noc. No, my żyli, chwała Panu Bogu, dobrze żyli. I jedzenie było, i odzienie. Do wojny dobrze żyli.
Łucja Sorokina
Mama nie pracowała, była sierotą. Ich ojciec w 1914 roku poszedł na austriacką wojnę i nie wrócił, a ich było siedmioro rodzeństwa. Mama skończyła tylko cztery klasy i to uczyły ją siostry zakonne: pisania, rachunków... Ale umiała czytać, pisać i rachować, sama sobie dawała radę. Jak była już troszkę starszą dziewczyną, to wzięli ją usługiwać. Między innymi usługiwała w żydowskiej rodzinie - był u nas taki Żyd Margoszec. Miał swoją garbarnię. Zrobili mojej matce śliczne wesele. Ona jeździła z nimi wszędzie: do Przemyśla, w góry do Jaremcze i wszędzie. wydzielili jej taki domek i myśmy mieszkali w nim do 1939 roku.
Zofia Stecka
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Tutaj była taka mała szkoła. Teraz jedenaście klas trzeba mieć, a wtedy tylko siedem. Przeszłam sześć klas, a do siódmej nie poszłam, bo tatusia już u mnie nie było. Ale nauczyłam się pa ruski sama. A w szkole tylko po polsku. I śpiew był, i przyroda była, i geografia, i rachunek był... Dla dziewczynek zawsze uczyciele byli dobre, a chłopaków trochę za włosy ciągali. Ale, które biedne byli, to jeść nam dawali, bezpłatno. I dobrze było. Byli u nas ludzie, którzy i po pięć krów dzierżyli, to tych dzieci nie karmili, a tych, które były takie biedne, to karmili.
Katarzyna Szerniewicz
Kolędnicy chodzili i ja chodziła. Taka torba poszyta na plecy i chodzili od chaty do chaty. Chleb mama piecze, to jak kolęda, to takie małe bułeczki specjalnie dla tych kolędników napiecze. Taka była kolęda nasza. Chłopcy z gwiazdami chodzili. A potem, jak już bylimy więksi, jak kolęda, to chłopcy zbierali się jako grupa i grali na harmonii, i chodzili do domów, gdzie jest dziewczyna. Dostali butelkę, a my już tam zakuskę jaką. A jaka zakuska była: ogórki! Taka była nasza kolęda. A tak, klubu nie było, więc w jakim tam mieszkaniu przyjdą dziewczęta i chłopcy, i takie było nasze wesele, tańce. Kiedyś to było i polka, i oberek, i krakowiaczek, i korobutka. Kiedyś mama krzyczy: - Nie chodź na tańce, bo buty podepczesz. To takie były nasze młode lata, ale było wesoło.
Katarzyna Szerniewicz
Boże Narodzenie pamiętam. Nie ubierali choinki jak teraz. Tylko takie lampeczki. I kupowali czekoladki: słoń, kaczka i kogut, i różne. I cukierki. Tylko tym ubierali choinkę. Dobrze żyliśmy, bardzo dobrze, dopóki tatusia śmierć nie zabrała. I sianko przyniósł, i świece dwie zapalał, i krzyżyk taki mały stawiał, i opłatek położył. Kutia z makiem była i śledź, i ryba jaka, grzyby solone i suszone. I zupę taką z tych grzybków warzyli. Kolędy śpiewali - mama lubiła kolędy śpiewać. A Wielkanoc też wyglądała dobrze. Jechaliśmy do kościoła, na rezurekcję. Trzeba było na koniu jechać, tym głupim, który leciał jak szalony z góry. Mamusia babki piekła. Kruche, smaczne, słodkie i jeszcze bułeczki. Kurę zakroi i prosiaka zakroi, i nafaszeruje go, i na nóżkach stoi, taka świnka. I wystarczało, wszystkiego wystarczało. Na jedzenie nie żałowali. Wszystkiego było. Do szkoły polskiej poszłam we wiosce. Uczyłam się bardzo dobrze, ale co? Tylko trzy klasy skończyłam. Nauczycielka przychodziła do domu: - Pani, córka mądra, może uczyć się. Chciałabym, żeby córka nauczycielką była. - Eeee, pani, nauczycielką, to dużo trzeba, a jak i tak ma świnie paść, to po co jej szkoła - tak mama. No i tylko trzy polskie klasy skończyłam. A Brasław przed wojną wyglądał jak wioska. Dwie ulice były, domki tylko takie małe i stare. Tylko ulica Lenina i Sowiecka - wtedy, to były ulica Piłsudskiego i 3 Maja. W większości mieszkali tu Żydzi, było i trochę naszych. Żydzi mieszkali tu, gdzie teraz Lenina. I były sklepy, wszystko, co tylko trzeba ludziom, tam było. A tacy przyjemni Żydzi byli... Idziesz, idziesz po chodniku: - Proszę zachodzić, proszę zachodzić... A co pani trzeba? A trzeba pantofli, czy coś. Posadzą na krzesło i przymierzają sami. Oj, przyjemnie było. I ludzie kupowali. Przyjemni byli Żydzi, nie ma co mówić. Dużo turystów przyjeżdżało do Brasławia przed wojną. Jeszcze my z mamą chodzili i ubranie ich prali. Ot, sukienki i bluzki, i spódnice, i wszystko. Trzeba było pieniędzy. A oni dobrze płacili. Ile mi było lat: może 13, może 12? I w tym lesie byli obozy. W leśniczówce dziewczęta, a tam dalej, jak do Widz jechać, chłopcy. To studenci byli, a nazywali się harcerze. Przyjeżdżali na każde lato. Z Poznania i z Krakowa, i ze Lwowa. Ze wszystkich stron. W namiotach mieszkali. Ogniska pod jeziorem robili. Wesoło było. Na jeziorach pływali, na kajakach jeździli.
Monika Szłabun
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Pińsk, lata 30. i 40.] Nasz Pińsk miał 35 tys. mieszkańców, z nich 28 tys. Żydów. Z nami dużo było wywiezionych Żydów. Żydzi, którzy byli bardziej zamożni, to się odnieśli negatywnie do naszych "oswobodzicieli", a taka bardziej biedota, to tak się mądrzyli. Idziemy ze szkoły, dziewczynki: Irenka Dorniakówna, Mizerska Romcia, Jadzia Nowicka - to wszystko koleżanki z mojej klasy - idziemy, Irka odeszła i mówi: - Słuchaj, Heluś, czy ty masz polską czytankę? Coś jej tam odpowiadam, a idzie Żydziak naprzeciwko: - Ły, polskie czytanki! One u mnie dawno w ustępie. A ja mówię: - Słuchaj, dopiero niedawno ta u ciebie, a żydowska moja dawno zgniła w tymże ustępie. Tak się odcięłam Żydziakowi ze złości. Oni byli donosiciele, taka grupa, bo inteligencja żydowska, to byli zupełnie inni ludzie. Właśnie dużo z nich było wywiezionych z nami. Tacy normalni, porządni ludzie. Pamiętam śpiewaka, bo tam mamuśka z bratem chodzili kupić palto zimowe. Przecież poszłam do szkoły, to palteczko trzeba - koło domu takie różne mogło być, ale tutaj trzeba było nowe kupić dla Helenki. To ja pamiętam tego śpiewaka, jak wybierali mi to paltko. No i jacy oni byli sympatyczni dla swoich klientów! Krawcowe, szewcy, krawcy - to większość Żydzi, bo tyle tysięcy, to przecież wiadomo. Już przy Sowietach te donosiciele się mądrzyły, a inteligenci wiedzieli, że pojadą. Nawet brata mego aresztował Żyd, Szklarnik nazwisko jego. Do dziś pamiętam nazwisko. Przyszedł tylko z frontu i za trzy dni przyszedł Żyd, Szklarnik. Napisane miał "milicja" i aresztował go, z tych pór nie widzieliśmy brata. Więc Żydóweczki uczyły się ze mną w klasie, takie normalne dziewczynki, szczególnie z tych rodzin bardziej kulturnych, normalnych. Tutaj, niedaleko, mieszkał taki biedny Żyd z córką. Lejba się nazywał, a córka jego Hanka. Taki domek był, taki biedny Żydek, miał sobie konika i tym konikiem gdzieś tam jeździł do miasta, coś tam zbierał, jakieś różne szyldy. Potem te szyldy nakrywał na dach, żeby mu nie ciekło. Jak przyszli Sowieci, to on zmarł, a ta córka nie wiedziała, że on zmarł. Dopiero przyszli Żydzi, dopiero się dowiedzieli i jego pochowali. A Hanka została się i zginęła, tu, w getcie.
Helena Szołomicka
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Pińsk, lata 30.] Sklepy raczej były żydowskie. Gdzie teraz jest "Bielautomat", tam była "Polonia" - polski sklep z materiałami. W dole naczynia były, coś takiego, przypominam sobie trochę. A tak sklepy, sklepiki, różne takie mniejsze i większe, i te lody! Lody u nas były - tu był Polak, pan Gregorowicz, on miał restaurację na ulicy Kościuszki, ona teraz Lenina. Tak, tam też były smaczne lody. Ale był jeszcze Pieńczuk, to też lody, pamiętam, po lodach go pamiętam, potem dopiero te spożywcze artykuły i najrozmaitsze inne. Jak pamiętam, to wszystko było żydowskie, naprawdę. No i lekarze, i akuszerki, i adwokaci - to większość Żydzi.
Helena Szołomicka
[okolice Chełma]Ojciec chciał być na swoim, jakoś swoje mieć coś. To tam była u gospodara jednego taka ziemia swobodna, że ten gospodarz gdzieś przepadł bez wieści. I ta ziemia leżała, i ojciec wziął sobie, i tam pracował na tej ziemi, i tak tam było, my żeśmy żyli. W naszej kolonii była pani Lechnicka Maria, taka starsza pani. Ona sama gospodarzyła, ona biednie żyła, ona nigdzie nie wyjeżdżała, żadnych kapitałów, jak to drudzy, że wyjeżdżają za granicę, że mają swoje jakieś no, pieniądze, czy jakieś banki swoje… Ona tak sobie żyła. I tak bardzo źle obeszli się z nią, Polska Ludowa, jak to nazywają. U niej taki był domek, bo był kiedyś pałac, ale pałac tamtego dnia się spalił, a tak był taki domek, słomą nawet pokryty był, i ona tam sobie mieszkała, i oni ją, jak się mówi, wyrzucili z mieszkania. Długo nie żyła, gdzieś ona zginęła.
Helena Szumiłowska
[Chełm, lata 20.–30.]Żydzi… Na naszej kolonii nie było, tak troszkę dalej, pod lasem, to było tam, trzy rodzin tam było, ale oni też byli takie, no, jak powiedzieć, dobre ludzie byli, dobre. Tam coś kupi, tam coś sprzeda, a w Chełmie, w mieście, to mieli nawet swoje hurtownie takie z odzieżą. Taka gotowa odzież rozmaita była taka, i dla dzieci, i dla dorosłych, i można było kupić. Jeździliśmy do Chełma, to 16 kilometrów, więc jeździliśmy na wozie. Wozem i końmi. Jak coś lepiej coś kupić, odzieży czy czego, to już byli jarmarki, po wtorkach i po piątkach, to zawsze wyjeżdżali ludzie więcej, czy coś ktoś miał do sprzedania, to sprzedał. Ale wie pan, za polskich czasów jeszcze, może to kogoś obrazi, ja nie wiem, że produkcja sielsko-chaziajska, no, rolnicza — była bardzo tania. A ot, przemysłowe: odzienie, ozucie — było bardzo drogie. I taki człowiek — trudno jemu było coś kupić, żeby zebrać pieniądze i coś kupić. Takie było jakieś prawo. Że kwintal czy ile ziarna, pszenicy czy żyta — to u nas było tanie. A odzienie i ozucie było drogie.
Helena Szumiłowska
[lata 20.-30.]Ojca bracia wyjechali do Argentyny, bo tam było więcej ziemi... Taka trudna sytuacja, że rodzina wielka, mężczyzn dużo, a nie było takiej możliwości, żeby kupić ziemię i pracować tutaj. Tylko było można iść parobkować... No i dlatego wyjechali do Argentyny. Jedno tylko można powiedzieć, że oni tak tam daleko do roboty mieli, że mieli samochód i tam jeździli. A o dzieciach i o wszystkim my nie wiedzieli, bo przerwał się listowy związek z tymi braćmi...
Franciszka Szustrowa
[Baranowicze] Miasto nasze miało 46 tylko tysięcy mieszkańców. Ale to było cywilizowane miasto i taki centralny węzeł kolejowy. Miasto strategicznie, ważne było, radiostacja była, taka dość nieostatnia w Polsce... Była jakaś jedna rodzina rosyjska, było trochę Białorusinów, Żydów było dużo, Tatarzy byli - ale jakoś to była jedna wspólna rodzina. Mieszkało się normalnie, współżyło się z sąsiadami niezależnie od tego, jakiej religii, jakiej narodowości. Normalnie się żyło. No już wojna to wszystko pokręciła.
Łucja Turowicz
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, lata 30. XX w.] Był kościół, była cerkiew, duża parafia, gmina, posterunek, poczta, straż pożarna, sklepy, sklepiki - to już przeważnie w rękach Żydów. To były takie prywatne sklepiki, ale różne, wszystko można było kupić! Jak trzeba materiał na sukienkę, to idzie się do takiego - Giller taki był, Żyd. Jak potrzeba cukierki, chałwa, czy coś - do Judaska. Jak smakołyk jakiś, była taka chałwa - żydowska nazywała się, to taki wschodni przysmak - to się szło do Marajasza. To wszystko w rękach Żydów było. Były targowe dni i były odpusty, tam i baloniki, i pajacyki, i gwizdki, i wszystko, i pierniki - czego tam nie było! To wspaniałe było. Te jarmarki naokoło kościoła, to znaczy poza kościelnym płotem, ale tak naokoło - rynkowy plac. I na tym rynku te jarmarki były. Huśtawki tam różne, karuzele... kawiarenka jakaś tam była. Jakaś taka restauracja była, gdzie mężczyźni mogli sobie trochę popić. No, ale pijaków takich nałogowych to nie było. A Baranowicze przedwojenne ja pamiętam, jak jeździliśmy na rynek na targ. Coś tam mama wiozła, jakieś tam gąski, jajka, masełko i tak dalej. A kupowało się to, co potrzebne dla gospodarki. I to były duże jarmarki. Duży plac był, otoczony domami żydowskimi przeważnie. Też handlarze tam przeważnie mieszkali, bogaci Żydzi. Żydów dużo było w Baranowiczach, rzemieślników bardzo dobrych tu mieszkało - i szewców, i krawców. A gdzie teraz plac, ten Lenina plac, był grób Nieznanego Żołnierza, Orzeł Biały - taki cokół, a na nim Orzeł Biały. Zawsze defilady były na Dzień Niepodległości, na dzień Trzeciego Maja były wojskowe defilady, takie imprezy różne. Wojsko nasze wyszorowane, eleganckie, buty takie wyglancowane, czapki rogatywki. To się pamięta. Potem ułani - lance, konie. To się pamięta, trochę się pamięta.
Łucja Turowicz
Rodzice postanowili, że jak ojciec dostanie urlop, to pojedziemy w Karpaty do Delatyna. Pojechaliśmy tam, byliśmy w tym Delatynie i tam było święto. Święto było 15 sierpnia, bardzo uroczyście obchodzone, z orkiestrą i paradą - dzień żołnierza polskiego, a równocześnie Matki Boskiej Wniebowziętej. Myśmy wszyscy tam poszli, całą rodziną, do kościoła, a później byliśmy na paradzie. To była mała miejscowość, więc ci, którzy przyjmowali paradę, stali tak z boku, na trotuarze, a między nimi stał burmistrz tego miasta. Stał w pobliżu miejsca, gdzie myśmy wynajęli u kolejarza jeden pokój z kuchnią. I zapamiętałem go, bo jego późniejsze losy były bardzo tragiczne i ja to bardzo przeżywałem. Później myśmy się dowiedzieli, że ten burmistrz nie uciekł na Węgry. Nie chciał, powiedział: - Ja tutaj jestem i z ludem. Oni się nad nim znęcali. Zaaresztowali go, kazali mu drwa rąbać. Wiem, że tę rodzinę wywieźli, a nie wiem, czy on zginął tam zamęczony czy nie - ale wiem o tym, że on zginął.
Jan Tysson
[Hermanowicze, lata 30.]W Hermanowiczach odbywał się kiermasz co poniedziałek. W Łużkach targ był we wtorek, w Mlecie też w poniedziałek, w Szarkowszczyźnie w środę. Nie było maszyn u nikogo, na koniach tylko jeździli, żeby sprzedać tam zboże czy jakiegoś świniaka. Było kilka magazinów w Hermanowiczach, ale to wszystko to była jedna spółdzielnia polska. Można było kupić w tej spółdzielni wszystko: kostium można było kupić, jedzenie i jakieś ubranie. Wszystko było.
Bronisław Wasilewski
[Hermanowicze, lata 30.]W niedziele to już do kościoła się szło. A po kościele do domu. Jak młodzież była, to na tańce chodzili w Tiareszkach. Klubu tam nie było, więc chłopcy składali się pieniędzy i najmowali muzykanta. No i kogo poprosili, gdzie większy dom, tam wpuścił gospodarz i tam tańczyli. I w Hermanowiczach, i w Tiareszkach. Muzykanci na skrzypkach grali, na harmoszce. Ale już nie ma nikogo. Tylko stary ja stał się. Trudno przypomnieć. Gdzie było więcej młodzieży, tam i tańce były.
Bronisław Wasilewski
[Bucewicze, lata 30.]Tamtego życia nie chce się wspominać. Przed 1939 rokiem, chociaż to była Polska, a ja nic przeciw polszczyźnie nie mam, sam jestem Polakiem, ale życie, nie daj Boże, jakie było ciężkie. Wielkie byli podatki, opłata za ziemię, a swoboda była dana Żydom i państwu, które byli bogaci. U nas ziemia była przy krzakach, przy lesie, a już siły nie było, ojciec jeden. A ziemię jak zapuścisz, wtedy urodzaj nijaki, a musisz opłacić. Nie starczało chleba czarnego. A pracować musieli, od ciemno do ciemno. Swobody nie było, człowiek był uciśniony, na przykład w takich Komajach, to wioseczka maleńka, było pięć policjantów. Z pudełeczka zapałek ludzie każdą rozkrajali na połowę, żeby dwa razy zapalić. Zauważył to policjant, wsio — aresztowani. Cóż, na takiej wioseczce to tyle policjantów, pokazuchę trzeba zrobić, że pracują. W magazynach wszyscy byli Żydzi. Co rolnik ma, jajka, masło — to sprzeda to im — za bezcen. Kto więcej kupi? Oni żyli w takim dostatku. A musisz kupić i nafty, bo światła nijakiego nie było, i sól, i drugie takie. Oj, zaciśnięty był w tamte czasy naród.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Żydzi i Zagłada,
[Bucewicze, lata 30.]Choć życie było ciężkie, ale młodość zawsze swoje brała. I w tamte czasy weselili się, śpiewali. Na wsi to na majowe zbierali się zawsze. Potem młodzież szła i śpiewała. Mieliśmy swoich miejscowych muzykantów i w domach tańczyli. W niedzielę wszystka młodzież do kościoła, po kościele zbierali się. Wyjdą z kościoła grupki: grupka trochę bogatszych i ładniej ubranych, grupka biedniejszych, grupka jeszcze biedniejszych. Bywa, że gorzej ubrany chce do lepszych, a oni uciekają, rozpraszają się, żeby nie podszedł.
Eugeniusz Wierzbicki
A u ludzi jeszcze gorzej było tam w Białorusi, co przed wojną była sowiecka. Pamiętam, że maszynkę do szycia na plecach przyniosła kobieta aż z Witebska. I tutaj zamieniła ją na krowę, a tę krowę aż do Witebska prowadziła. Takie było jej życie. U nas to chociaż jeszcze mieli gospodarze jakieś krówki, po dwie i więcej mieli. Przed wojną nikt u nas nic nie wiedział, nic pojęcia nie mieli. Opowiadali ci, którzy żyli przy granicy, nad rzeką Dźwiną, jak to rodzina i krewni byli rozłączeni przez rzekę. To ci z Polski, po polskiej stronie, to mogli rozmawiać i prosili, przez rzekę krzyczeli, żeby cokolwiek tamci odpowiedzieli. Ale tamci, broń Boże, nawet słóweczka nie odpowiadali. Wszędzie pogranicznicy siedzieli po drugiej stronie rzeki.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Codzienność powojenna,
Gdy przychodziliśmy do szkoły, to dzień zaczynał się modlitwą. Zmawialiśmy modlitwę, tak jak miała być, a potem dopiero zaczynały się zajęcia. Bez modlitwy nauki nie było, tylko z modlitwą. A potem był podział wyznaniowy - w czwartek była ukraińska lekcja katechezy, a polska była w piątek lub sobotę, już dokładnie nie pamiętam, chyba to była sobota, kiedy lekcja religii była w polskim języku. Ja chodziłam na lekcje i po polsku, i po ukraińsku.
Stanisława Zahorniak
A tedy wszystka młodzież, wszystkie ludzie byli w domu, nikt nie był rozjechawszy się. Wszystkie żyli na miejscu. Na ziemi pracowali, swoje mieli ziemie, swój dom, swój ogród i z tego żyli. A teraz, jak to mówią, jeżdżą po świecie wszędzie, bo nic nie mają. Ot, torba tylko i poszedł. Swobodno. A tedyż ojciec żył i matka żyła, no, i dzieci przy nim.
Władysława Zasztoft
We wsi Wimbora dwór stał, miał 100 ha ziemi. Niemały dwór był, kmiecie byli… Sam Wimbor zmarł i żona jego Wimborowa zmarła, córki – Luda i Krystyna – wyjechały do Polski. Teraz, żeby powstał z mogiły Wimbor, to by nie poznał swój majątek… Zabudowania wszędzie. Nie ma już dworu. Ja tam chodziłam często. Jako dzieci biegalim, bawilim się lalkami z tamtymi dziewczynkami. One do nas przychodziły z nauczycielką, Antoniną Jankonówną, a w Lepsziszkach jej siostra Wiktoria była. To chodziliśmy do Lepsziszek, tam zabawy były, potem herbatka dzieciom urządzana…
Regina Zienkiewicz
Ta gmina, to polska okolica, tam Polacy mieszkali. I po litewsku nie umieli. Bo między sobą po polsku, na wsi, do kościoła po polsku, a do miasta jak przyjadą, do Żyda, na zakupy, to też po polsku. Żydzi znali i litewski, i rosyjski, i polski język. To skąd ta moja mamuśka - bo ojciec to jeszcze umiał - skąd ona mogła znać litewski? Pochodziła z polskiego domu, w sąsiedztwie mieszkali Polacy. Oprócz Polaków mieszkali Litwini, ale oni znali polski język, a poza tym, jak tam jeden, drugi mieszka, to nie było racji z nimi po litewsku mówić. U nas, nieopodal, był dwór Balcewiczów. Pan Balcewicz chodził po wsiach i moi bracia uczyli się przy nim, i ja też. On polski język wykładał. Jak pierwsze Sowieci zaszli, to rozdzielili majątek. Dwór rozparcelowany był, z trzystu hektarów zostawione sto. Po 30 hektarów rozdzielili rolnikom. Później oni zbiegli z tego majątku, udało się do Polski wyjechać.U nas sadu nie było, a u państwa Balcewiczów ogromny sad. Jak dostaniemy tych drobnych centów, to idziemy do dworu kupić jabłek. A ten dwór też już zbiedniały był. Idziemy do tego pałacu i pod oknem: - Panienko, panienko! - wołamy. - Jaaabłek chcemy! Zaprowadzi do świrna, to my tych jabłek kupowaliśmy. Ten dwór podupadał, na takiej siwej szkapie jeździła ta panienka. A za dawnych czasów, to koń przed koń i w karecie cała rodzina jechała do kościoła.
Marian Zinkiewicz